# 109

7/11/2016

Nasz aktywny weekend na chyba rekordowej ilości zdjęć ;)  
+ piosenka, której słucham od kilku dni non stop ♫♫♫   !

Sobotę zaczęliśmy w Dąbrowie Górniczej, a dokładnie w Parku Hallera, gdzie poszłam zmęczyć Zoję przed podróżą. Po drodze do parku widziałyśmy w centrum psa zamkniętego w samochodzie. Kiedy po godzinie wracałam do pracy Bartka pies nadal siedział zamknięty w samochodzie. Co prawda miał uchylone okno i miskę, w której pewnie kiedyś była woda, jednak kto normalny zostawia psa na godzinę w samochodzie samego (kto wie ile siedział tam zanim go zauważyłam). Pies non stop ujadał. Bezmyślność ludzka nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Panowie strażnicy miejscy zajęli się sprawą, kiedy ich zostawiałam próbowali ustalić właściciela samochodu. 




Z Dąbrowy ruszyliśmy do Olkusza po Zuzię, a stamtąd do miejscowości Klucze i na Pustynię Błędowską. W Kluczach jest dobry punkt, z którego widać pustynię. Jest to największy tego typu obszar w Polsce. Bardzo ciekawe miejsce! Kupa piachu, wiatr jak na prawdziwej pustyni. Warto wybrać się tam na chwilę, bo widok jest niesamowity. Poza tym to bardzo blisko, a jest to doskonała przestrzeń do przechadzki z ruchliwym psem. 
 










(Królu złoty, pisiąt groszy, pisiąt groszy!)






Kilka minut drogi od pustyni jest zamek w Rabsztynie. Ruiny częściowo zrekonstruowane, chyba nadal w budowie. Jest tak taras widokowy, z którego widać całą okolicę.

















Dzień skończyliśmy chyba najlepiej jak się dało - w Brennej. Planowaliśmy w niedzielę iść w góry, jednak byliśmy wieczorem strasznie zmęczeni całym dniem i stwierdziliśmy, że chyba się nam nie chce już nigdzie łazić w ten weekend.


Wstaliśmy z łóżka o 10, zjedliśmy śniadanie, poszliśmy z psem na spacer nad dom, usiedliśmy na chwilę, stwierdziliśmy, że jest piękna pogoda, lekki wiatr, doskonała widoczność. Postanowiliśmy jednak wyskoczyć na jakąś górkę, bo szkoda nie pooglądać widoczków w taką pogodę.


 Wybraliśmy Kotarz, bo tam można wjechać częściowo autem. Zostawiliśmy samochód koło domów (serio, ludzie mieszkają  tak wysoko w górach, że to jest niewyobrażalne) i poszliśmy dalej na szczyt niebieskim szlakiem. Zatrzymaliśmy się na chwilę na polance, a potem już na szczycie w mini-barze, gdzie wypiliśmy Żywca i wracaliśmy z powrotem. Zatrzymaliśmy się jeszcze tylko na chwilę w centrum Brennej, żeby pomoczyć nogi w rzece i kupić piwo na wieczór.
























Bilans weekendu udany: Pustynia zaliczona, góry zaliczone, obżarstwo zaliczone, piwo zaliczone, pies wykończony - wszystko ekstra.  

0 komentarze

poobserwuj sobie: